|
czwartek, 13 października 2011
Wojna lemieszem prowadzona
Wojna się zaczęła i to nie dlatego, że wypowiedział ją prof. Adam Wielomski czy red. Tomasz Terlikowski. Co więcej nie zaczęła się przez działania zaczepne Janusza Palikota. Rozpoczęła się na zachodzie Europy i stamtąd wlała się w nasze granice. Jej proklamowanie przez szereg konserwatywnych publicystów jest więc jedynie nazwaniem stanu, który już od jakiegoś czasu trwa. Faktem jest jednak, że nadspodziewanie dobry wynik Palikota i jego podopiecznych zaostrzył spór i zamienił "wojnę podjazdową" w "wojnę totalną". Zapowiadający działalność Palikota na Wiejskiej atak na krzyż jest tej wojny pierwszym akordem. Tak, mamy wojnę totalną – wojnę totalną w sferze myśli.
Ktoś może powiedzieć, że nazywanie postulatów Janusza Palikota myślą polityczną jest komplementem pod jego adresem, toteż już teraz zaznaczam, że sformułowania myśl polityczna używam w czysto technicznym znaczeniu, mając świadomość dalekiego odstępstwa posła z Biłgoraja od jakiejkolwiek godnej szacunku tradycji refleksji nad polityką. Jednocześnie zaznaczyć pragnę, iż w pełni zgadzam się z diagnozą grożącego nam niebezpieczeństwa wyartykułowaną przez prof. Wielomskiego w słowach: "I oto mamy nową jakość: Ruch Poparcia Janusza Palikota. To Nowa Lewica, lewica nowego typu importowana do nas z zachodnich uniwersytetów, z pism Marcusego, Adorna i Horkheimera. To lewica „kawiarniana” i „kawiorowa”, pozbawiona elementów męskości, niezdolna do rewolucyjnego zrywu i walki na barykadach. To lewica, która zawahałaby się aby rozjechać protestujących robotników czołgami. Ale w dzisiejszym świecie to lewica znacznie groźniejsza, ponieważ posiadająca poparcie mediów i przedstawiająca sobą wizję ideologiczną alternatywną dla chrześcijaństwa, dla prawa naturalnego i wszelkiego znanego człowiekowi porządku rzeczy. To skrajny i intelektualnie atrakcyjny wyraz lewicy heglowskiej."
Tak, przybierające na sile starcie nie będzie się rozgrywało na barykadach! Nawet jeśli podczas Marszu Niepodległości dojdzie do zamieszek, nie one będą rozstrzygać o tym, kto zwycięży w sporze. Wszakże nie ten jest obecnie górą, kto nabije więcej siniaków przeciwnikowi, ale ten, kto w mediach masowych zaprezentuje w sposób bardziej przekonujący swoją definicję sytuacji konfliktowej. Prawica musi to sobie do końca uzmysłowić. Oczywiście manifestowanie swych poglądów na ulicy ma sens. Zawsze będzie go miało! Jądrem działalności powinno być jednak zdobywanie kolejnych przyczółków w świecie kultury i mediów. Lewica po 1968 roku tego rodzaju przyczółki nie tylko utworzyła, ale na dodatek dobrze się w nich okopała. Nie ma sensu ich szturmować bez broni i wyszkolenia. Skoro już mówimy o wojnie, należy się na nią odpowiednio przygotować. Decydujące starcie nie nastąpi w najbliższych miesiącach, ani nawet kilku latach. Co prawda kolejne zamachy na obecność krzyża w przestrzeni publicznej i Kościoła katolickiego są tylko kwestią dni, ale póki co Palikot nie dysponuje siłami, pozwalającymi mu na zwycięstwo na tych polach. Póki co karty rozdaje nastawiona może oportunistycznie, ale przez to w pewnej mierze także zachowawczo Platforma Obywatelska. Jej niechęć do wskrzeszania konfliktów, które mogłyby zakończyć jej rządy będzie skutecznie oddalać widmo ustanawiania regulacji ingerujących głęboko w ustalone wzorce światopoglądowe Polaków. Tę zgniłą stabilizację należy więc wykorzystać!
Jakimi metodami mamy prowadzić walkę i jak pogodzić mamy ją z przykazaniem miłości? Odpowiedź wbrew pozorom nie wydaje się trudna. Walczyć nie będziemy wszakże z Palikotem i jego podopiecznymi, ale z głoszonymi przez nich szkodliwymi dla Polski postulatami. Pamiętając o ich błędach musimy uzmysławiać im na każdym kroku, że nigdy nie spotkają się z naszej strony z nienawiścią, lecz przeciwnie. Jeśli tylko przestaną szkodzić, zostaną przyjęci jak syn marnotrawny z przypowieści z radością i życzliwością. Jeśli natomiast dalej będą obstawać na swych pozycjach, ich osoby będą wspominane przede wszystkim w kontekście modlitw o miłosierdzie nad nimi. Co innego ich poglądy i szkodliwe zachowania. Za każdym razem musimy wykazywać ich absurdalność, ale co ważniejsze ukazywać pozytywne alternatywy. Warto zacząć od rzeczy najbardziej podstawowych!
Wśród polskich katolików, a także osób nie obdarzonych łaską wiary, ale przywiązanych do tradycji grecko-łacińskiej nie brak uzdolnionych muzycznie, literacko, czy plastycznie. Warto, by w tych sferach na nowo zaczęły powstawać wartościowe dzieła ukazujące piękno katolickiego dziedzictwa Polski. Warto zwrócić uwagę, by chlubne dziedzictwo naszego narodu przemawiało do kolejnych pokoleń poprzez nowy język. Polskość nie jest zamkniętą całością. Także my ją budujemy i redefiniujemy – róbmy to tak, byśmy mogli być z niej dumni. Róbmy to tak, by dumni byli z niej nasi potomkowie.
Polska historia jest złożona. Dziedzictwo tolerancji jest jednym z jej składników. Nie zapominajmy o wkładzie, jaki w naszą tożsamość wnoszą pozostałe kultury bytujące przez ostatni tysiąc lat na Polskiej ziemi. Tradycja prawosławna, wpływy protestantyzmu i judaizmu są wartościowymi elementami tej tożsamości. Skoro grozi się nam zubażaniem i tak odartej przez okres PRLu z wielu wartościowych składników sfery publicznej o symbole religii katolickiej, uwydatnijmy obłudę lewicowej wersji liberalizmu i zaakcentujmy nasze przywiązanie do różnorodności polskiej kultury.
Pamiętajmy o sprawach mających znaczenie elementarne, a przez swą oczywistość pomijanych. John Finnis (jeden z czołowych teoretyków nowej teorii prawa naturalnego) podkreśla wartość zabawy jako jednej z podstawowych form ludzkiego dobra. Pokażmy, że Polak przywiązany do swojej tożsamości historycznej, wierny swemu kręgosłupowi moralnemu, i łasce wiary potrafi się bawić i co ważniejsze umie radować innych. Cieszmy się wspólnotą. Pielęgnujmy przyjaźnie. To od tak małych spraw zaczynają się wielkie dzieła.
Nie bójmy się fermentu intelektualnego. Faktycznie już Jezus udzielił nam wszystkich ważnych odpowiedzi, ale przecież uznając tę prawdę musimy przyznać, że pisma św. Augustyna, Dunsa Szkota, św. Tomasza Jana Pawła II czy Benedykta XVI miały i nadal mają ogromną wartość. Każde z nich aktualizuje odpowiedzi na tak ważne dla nas pytania. Co nie mniej istotne, po raz kolejny te pytania wyartykułowuje. I my staramy się pytać o to co najważniejsze. Polska potrzebuje śmiałych wizji – śmiałych projektów na przyszłość. Spierajmy się między sobą, ale szanujmy się zarazem – to wkrótce zaowocuje szeregiem nowych koncepcji. Miejmy nadzieję, że wśród nich znajdą się projekty, które zarówno myślową dojrzałością, jak i atrakcyjnością formy ukażą brzydotę wojującego antyklerykalizmu, ordynarnego ateizmu i motywowanego przede wszystkim wygodnictwem braku szacunku dla ludzkiego życia.
Tak mamy wojnę. Wygramy ją, jeśli w okresie zgniłej stabilizacji stworzymy alternatywy dla wytworów nihilizmu i nie bez powodu nazywanego kłamstwem diabelskim relatywizmu. Warto by alternatywy te nie tylko jednoczyły osoby obecnie określające się jako członkowie obozu ładu, czy przyjmując nieco mniej wygórowane kryteria zwolennicy prawicy, ale także przyciągały niezdecydowanych oraz tych, których teraz nie jeden z nas postrzega jako wrogów. Wszak nie z naszymi braćmi walczymy lecz ze złem. Wygramy, bo wygrać musimy – skoro po jednej stronie mamy wartości, a po drugiej stek kłamstw, problemem jest tylko uwydatnienie tej różnicy i zdemaskowanie tego, co stroi się w szaty nowoczesności, a od zarania dziejów streszcza się we frazie "Non serviam".
Warto by każdy zaczął od siebie i swojego otoczenia. Warto by zaczął od teraz!
Arkadiusz Fordoński Wojna lemieszem prowadzona
Wojna się zaczęła i to nie dlatego, że wypowiedział ją prof. Adam Wielomski czy red. Tomasz Terlikowski. Co więcej nie zaczęła się przez działania zaczepne Janusza Palikota. Rozpoczęła się na zachodzie Europy i stamtąd wlała się w nasze granice. Jej proklamowanie przez szereg konserwatywnych publicystów jest więc jedynie nazwaniem stanu, który już od jakiegoś czasu trwa. Faktem jest jednak, że nadspodziewanie dobry wynik Palikota i jego podopiecznych zaostrzył spór i zamienił "wojnę podjazdową" w "wojnę totalną". Zapowiadający działalność Palikota na Wiejskiej atak na krzyż jest tej wojny pierwszym akordem. Tak, mamy wojnę totalną – wojnę totalną w sferze myśli.
Ktoś może powiedzieć, że nazywanie postulatów Janusza Palikota myślą polityczną jest komplementem pod jego adresem, toteż już teraz zaznaczam, że sformułowania myśl polityczna używam w czysto technicznym znaczeniu, mając świadomość dalekiego odstępstwa posła z Biłgoraja od jakiejkolwiek godnej szacunku tradycji refleksji nad polityką. Jednocześnie zaznaczyć pragnę, iż w pełni zgadzam się z diagnozą grożącego nam niebezpieczeństwa wyartykułowaną przez prof. Wielomskiego w słowach: "I oto mamy nową jakość: Ruch Poparcia Janusza Palikota. To Nowa Lewica, lewica nowego typu importowana do nas z zachodnich uniwersytetów, z pism Marcusego, Adorna i Horkheimera. To lewica „kawiarniana” i „kawiorowa”, pozbawiona elementów męskości, niezdolna do rewolucyjnego zrywu i walki na barykadach. To lewica, która zawahałaby się aby rozjechać protestujących robotników czołgami. Ale w dzisiejszym świecie to lewica znacznie groźniejsza, ponieważ posiadająca poparcie mediów i przedstawiająca sobą wizję ideologiczną alternatywną dla chrześcijaństwa, dla prawa naturalnego i wszelkiego znanego człowiekowi porządku rzeczy. To skrajny i intelektualnie atrakcyjny wyraz lewicy heglowskiej."
Tak, przybierające na sile starcie nie będzie się rozgrywało na barykadach! Nawet jeśli podczas Marszu Niepodległości dojdzie do zamieszek, nie one będą rozstrzygać o tym, kto zwycięży w sporze. Wszakże nie ten jest obecnie górą, kto nabije więcej siniaków przeciwnikowi, ale ten, kto w mediach masowych zaprezentuje w sposób bardziej przekonujący swoją definicję sytuacji konfliktowej. Prawica musi to sobie do końca uzmysłowić. Oczywiście manifestowanie swych poglądów na ulicy ma sens. Zawsze będzie go miało! Jądrem działalności powinno być jednak zdobywanie kolejnych przyczółków w świecie kultury i mediów. Lewica po 1968 roku tego rodzaju przyczółki nie tylko utworzyła, ale na dodatek dobrze się w nich okopała. Nie ma sensu ich szturmować bez broni i wyszkolenia. Skoro już mówimy o wojnie, należy się na nią odpowiednio przygotować. Decydujące starcie nie nastąpi w najbliższych miesiącach, ani nawet kilku latach. Co prawda kolejne zamachy na obecność krzyża w przestrzeni publicznej i Kościoła katolickiego są tylko kwestią dni, ale póki co Palikot nie dysponuje siłami, pozwalającymi mu na zwycięstwo na tych polach. Póki co karty rozdaje nastawiona może oportunistycznie, ale przez to w pewnej mierze także zachowawczo Platforma Obywatelska. Jej niechęć do wskrzeszania konfliktów, które mogłyby zakończyć jej rządy będzie skutecznie oddalać widmo ustanawiania regulacji ingerujących głęboko w ustalone wzorce światopoglądowe Polaków. Tę zgniłą stabilizację należy więc wykorzystać!
Jakimi metodami mamy prowadzić walkę i jak pogodzić mamy ją z przykazaniem miłości? Odpowiedź wbrew pozorom nie wydaje się trudna. Walczyć nie będziemy wszakże z Palikotem i jego podopiecznymi, ale z głoszonymi przez nich szkodliwymi dla Polski postulatami. Pamiętając o ich błędach musimy uzmysławiać im na każdym kroku, że nigdy nie spotkają się z naszej strony z nienawiścią, lecz przeciwnie. Jeśli tylko przestaną szkodzić, zostaną przyjęci jak syn marnotrawny z przypowieści z radością i życzliwością. Jeśli natomiast dalej będą obstawać na swych pozycjach, ich osoby będą wspominane przede wszystkim w kontekście modlitw o miłosierdzie nad nimi. Co innego ich poglądy i szkodliwe zachowania. Za każdym razem musimy wykazywać ich absurdalność, ale co ważniejsze ukazywać pozytywne alternatywy. Warto zacząć od rzeczy najbardziej podstawowych!
Wśród polskich katolików, a także osób nie obdarzonych łaską wiary, ale przywiązanych do tradycji grecko-łacińskiej nie brak uzdolnionych muzycznie, literacko, czy plastycznie. Warto, by w tych sferach na nowo zaczęły powstawać wartościowe dzieła ukazujące piękno katolickiego dziedzictwa Polski. Warto zwrócić uwagę, by chlubne dziedzictwo naszego narodu przemawiało do kolejnych pokoleń poprzez nowy język. Polskość nie jest zamkniętą całością. Także my ją budujemy i redefiniujemy – róbmy to tak, byśmy mogli być z niej dumni. Róbmy to tak, by dumni byli z niej nasi potomkowie.
Polska historia jest złożona. Dziedzictwo tolerancji jest jednym z jej składników. Nie zapominajmy o wkładzie, jaki w naszą tożsamość wnoszą pozostałe kultury bytujące przez ostatni tysiąc lat na Polskiej ziemi. Tradycja prawosławna, wpływy protestantyzmu i judaizmu są wartościowymi elementami tej tożsamości. Skoro grozi się nam zubażaniem i tak odartej przez okres PRLu z wielu wartościowych składników sfery publicznej o symbole religii katolickiej, uwydatnijmy obłudę lewicowej wersji liberalizmu i zaakcentujmy nasze przywiązanie do różnorodności polskiej kultury.
Pamiętajmy o sprawach mających znaczenie elementarne, a przez swą oczywistość pomijanych. John Finnis (jeden z czołowych teoretyków nowej teorii prawa naturalnego) podkreśla wartość zabawy jako jednej z podstawowych form ludzkiego dobra. Pokażmy, że Polak przywiązany do swojej tożsamości historycznej, wierny swemu kręgosłupowi moralnemu, i łasce wiary potrafi się bawić i co ważniejsze umie radować innych. Cieszmy się wspólnotą. Pielęgnujmy przyjaźnie. To od tak małych spraw zaczynają się wielkie dzieła.
Nie bójmy się fermentu intelektualnego. Faktycznie już Jezus udzielił nam wszystkich ważnych odpowiedzi, ale przecież uznając tę prawdę musimy przyznać, że pisma św. Augustyna, Dunsa Szkota, św. Tomasza Jana Pawła II czy Benedykta XVI miały i nadal mają ogromną wartość. Każde z nich aktualizuje odpowiedzi na tak ważne dla nas pytania. Co nie mniej istotne, po raz kolejny te pytania wyartykułowuje. I my staramy się pytać o to co najważniejsze. Polska potrzebuje śmiałych wizji – śmiałych projektów na przyszłość. Spierajmy się między sobą, ale szanujmy się zarazem – to wkrótce zaowocuje szeregiem nowych koncepcji. Miejmy nadzieję, że wśród nich znajdą się projekty, które zarówno myślową dojrzałością, jak i atrakcyjnością formy ukażą brzydotę wojującego antyklerykalizmu, ordynarnego ateizmu i motywowanego przede wszystkim wygodnictwem braku szacunku dla ludzkiego życia.
Tak mamy wojnę. Wygramy ją, jeśli w okresie zgniłej stabilizacji stworzymy alternatywy dla wytworów nihilizmu i nie bez powodu nazywanego kłamstwem diabelskim relatywizmu. Warto by alternatywy te nie tylko jednoczyły osoby obecnie określające się jako członkowie obozu ładu, czy przyjmując nieco mniej wygórowane kryteria zwolennicy prawicy, ale także przyciągały niezdecydowanych oraz tych, których teraz nie jeden z nas postrzega jako wrogów. Wszak nie z naszymi braćmi walczymy lecz ze złem. Wygramy, bo wygrać musimy – skoro po jednej stronie mamy wartości, a po drugiej stek kłamstw, problemem jest tylko uwydatnienie tej różnicy i zdemaskowanie tego, co stroi się w szaty nowoczesności, a od zarania dziejów streszcza się we frazie "Non serviam".
Warto by każdy zaczął od siebie i swojego otoczenia. Warto by zaczął od teraz!
Arkadiusz Fordoński Wojna lemieszem prowadzona
Wojna się zaczęła i to nie dlatego, że wypowiedział ją prof. Adam Wielomski czy red. Tomasz Terlikowski. Co więcej nie zaczęła się przez działania zaczepne Janusza Palikota. Rozpoczęła się na zachodzie Europy i stamtąd wlała się w nasze granice. Jej proklamowanie przez szereg konserwatywnych publicystów jest więc jedynie nazwaniem stanu, który już od jakiegoś czasu trwa. Faktem jest jednak, że nadspodziewanie dobry wynik Palikota i jego podopiecznych zaostrzył spór i zamienił "wojnę podjazdową" w "wojnę totalną". Zapowiadający działalność Palikota na Wiejskiej atak na krzyż jest tej wojny pierwszym akordem. Tak, mamy wojnę totalną – wojnę totalną w sferze myśli.
Ktoś może powiedzieć, że nazywanie postulatów Janusza Palikota myślą polityczną jest komplementem pod jego adresem, toteż już teraz zaznaczam, że sformułowania myśl polityczna używam w czysto technicznym znaczeniu, mając świadomość dalekiego odstępstwa posła z Biłgoraja od jakiejkolwiek godnej szacunku tradycji refleksji nad polityką. Jednocześnie zaznaczyć pragnę, iż w pełni zgadzam się z diagnozą grożącego nam niebezpieczeństwa wyartykułowaną przez prof. Wielomskiego w słowach: "I oto mamy nową jakość: Ruch Poparcia Janusza Palikota. To Nowa Lewica, lewica nowego typu importowana do nas z zachodnich uniwersytetów, z pism Marcusego, Adorna i Horkheimera. To lewica „kawiarniana” i „kawiorowa”, pozbawiona elementów męskości, niezdolna do rewolucyjnego zrywu i walki na barykadach. To lewica, która zawahałaby się aby rozjechać protestujących robotników czołgami. Ale w dzisiejszym świecie to lewica znacznie groźniejsza, ponieważ posiadająca poparcie mediów i przedstawiająca sobą wizję ideologiczną alternatywną dla chrześcijaństwa, dla prawa naturalnego i wszelkiego znanego człowiekowi porządku rzeczy. To skrajny i intelektualnie atrakcyjny wyraz lewicy heglowskiej."
Tak, przybierające na sile starcie nie będzie się rozgrywało na barykadach! Nawet jeśli podczas Marszu Niepodległości dojdzie do zamieszek, nie one będą rozstrzygać o tym, kto zwycięży w sporze. Wszakże nie ten jest obecnie górą, kto nabije więcej siniaków przeciwnikowi, ale ten, kto w mediach masowych zaprezentuje w sposób bardziej przekonujący swoją definicję sytuacji konfliktowej. Prawica musi to sobie do końca uzmysłowić. Oczywiście manifestowanie swych poglądów na ulicy ma sens. Zawsze będzie go miało! Jądrem działalności powinno być jednak zdobywanie kolejnych przyczółków w świecie kultury i mediów. Lewica po 1968 roku tego rodzaju przyczółki nie tylko utworzyła, ale na dodatek dobrze się w nich okopała. Nie ma sensu ich szturmować bez broni i wyszkolenia. Skoro już mówimy o wojnie, należy się na nią odpowiednio przygotować. Decydujące starcie nie nastąpi w najbliższych miesiącach, ani nawet kilku latach. Co prawda kolejne zamachy na obecność krzyża w przestrzeni publicznej i Kościoła katolickiego są tylko kwestią dni, ale póki co Palikot nie dysponuje siłami, pozwalającymi mu na zwycięstwo na tych polach. Póki co karty rozdaje nastawiona może oportunistycznie, ale przez to w pewnej mierze także zachowawczo Platforma Obywatelska. Jej niechęć do wskrzeszania konfliktów, które mogłyby zakończyć jej rządy będzie skutecznie oddalać widmo ustanawiania regulacji ingerujących głęboko w ustalone wzorce światopoglądowe Polaków. Tę zgniłą stabilizację należy więc wykorzystać!
Jakimi metodami mamy prowadzić walkę i jak pogodzić mamy ją z przykazaniem miłości? Odpowiedź wbrew pozorom nie wydaje się trudna. Walczyć nie będziemy wszakże z Palikotem i jego podopiecznymi, ale z głoszonymi przez nich szkodliwymi dla Polski postulatami. Pamiętając o ich błędach musimy uzmysławiać im na każdym kroku, że nigdy nie spotkają się z naszej strony z nienawiścią, lecz przeciwnie. Jeśli tylko przestaną szkodzić, zostaną przyjęci jak syn marnotrawny z przypowieści z radością i życzliwością. Jeśli natomiast dalej będą obstawać na swych pozycjach, ich osoby będą wspominane przede wszystkim w kontekście modlitw o miłosierdzie nad nimi. Co innego ich poglądy i szkodliwe zachowania. Za każdym razem musimy wykazywać ich absurdalność, ale co ważniejsze ukazywać pozytywne alternatywy. Warto zacząć od rzeczy najbardziej podstawowych!
Wśród polskich katolików, a także osób nie obdarzonych łaską wiary, ale przywiązanych do tradycji grecko-łacińskiej nie brak uzdolnionych muzycznie, literacko, czy plastycznie. Warto, by w tych sferach na nowo zaczęły powstawać wartościowe dzieła ukazujące piękno katolickiego dziedzictwa Polski. Warto zwrócić uwagę, by chlubne dziedzictwo naszego narodu przemawiało do kolejnych pokoleń poprzez nowy język. Polskość nie jest zamkniętą całością. Także my ją budujemy i redefiniujemy – róbmy to tak, byśmy mogli być z niej dumni. Róbmy to tak, by dumni byli z niej nasi potomkowie.
Polska historia jest złożona. Dziedzictwo tolerancji jest jednym z jej składników. Nie zapominajmy o wkładzie, jaki w naszą tożsamość wnoszą pozostałe kultury bytujące przez ostatni tysiąc lat na Polskiej ziemi. Tradycja prawosławna, wpływy protestantyzmu i judaizmu są wartościowymi elementami tej tożsamości. Skoro grozi się nam zubażaniem i tak odartej przez okres PRLu z wielu wartościowych składników sfery publicznej o symbole religii katolickiej, uwydatnijmy obłudę lewicowej wersji liberalizmu i zaakcentujmy nasze przywiązanie do różnorodności polskiej kultury.
Pamiętajmy o sprawach mających znaczenie elementarne, a przez swą oczywistość pomijanych. John Finnis (jeden z czołowych teoretyków nowej teorii prawa naturalnego) podkreśla wartość zabawy jako jednej z podstawowych form ludzkiego dobra. Pokażmy, że Polak przywiązany do swojej tożsamości historycznej, wierny swemu kręgosłupowi moralnemu, i łasce wiary potrafi się bawić i co ważniejsze umie radować innych. Cieszmy się wspólnotą. Pielęgnujmy przyjaźnie. To od tak małych spraw zaczynają się wielkie dzieła.
Nie bójmy się fermentu intelektualnego. Faktycznie już Jezus udzielił nam wszystkich ważnych odpowiedzi, ale przecież uznając tę prawdę musimy przyznać, że pisma św. Augustyna, Dunsa Szkota, św. Tomasza Jana Pawła II czy Benedykta XVI miały i nadal mają ogromną wartość. Każde z nich aktualizuje odpowiedzi na tak ważne dla nas pytania. Co nie mniej istotne, po raz kolejny te pytania wyartykułowuje. I my staramy się pytać o to co najważniejsze. Polska potrzebuje śmiałych wizji – śmiałych projektów na przyszłość. Spierajmy się między sobą, ale szanujmy się zarazem – to wkrótce zaowocuje szeregiem nowych koncepcji. Miejmy nadzieję, że wśród nich znajdą się projekty, które zarówno myślową dojrzałością, jak i atrakcyjnością formy ukażą brzydotę wojującego antyklerykalizmu, ordynarnego ateizmu i motywowanego przede wszystkim wygodnictwem braku szacunku dla ludzkiego życia.
Tak mamy wojnę. Wygramy ją, jeśli w okresie zgniłej stabilizacji stworzymy alternatywy dla wytworów nihilizmu i nie bez powodu nazywanego kłamstwem diabelskim relatywizmu. Warto by alternatywy te nie tylko jednoczyły osoby obecnie określające się jako członkowie obozu ładu, czy przyjmując nieco mniej wygórowane kryteria zwolennicy prawicy, ale także przyciągały niezdecydowanych oraz tych, których teraz nie jeden z nas postrzega jako wrogów. Wszak nie z naszymi braćmi walczymy lecz ze złem. Wygramy, bo wygrać musimy – skoro po jednej stronie mamy wartości, a po drugiej stek kłamstw, problemem jest tylko uwydatnienie tej różnicy i zdemaskowanie tego, co stroi się w szaty nowoczesności, a od zarania dziejów streszcza się we frazie "Non serviam".
Warto by każdy zaczął od siebie i swojego otoczenia. Warto by zaczął od teraz!
Arkadiusz Fordoński
piątek, 07 października 2011
Stereotyp zmarnowanego głosu
Szansa, że nasz głos przesądzi o tym kto zwycięży w wyborach jest zbliżona do tej, jaka odpowiada prawdopodobieństwu trafienia 6 cyfr w dużym lotku. Spośród około 30 mln Polaków uprawnionych do głosowania około 45% weźmie udział w najbliższych wyborach. Można więc sądzić, iż w tym mrowiu nasz głos nic nie będzie znaczył. Co więcej rozsądzona wydaje się także kwestia przyszłego rządu. PO ma na zwycięstwo niemal takie same szanse jak PiS, ale nawet jeśli przegra jednym czy dwoma głosami niemal nie ma szans, by to partia Kaczyńskiego stworzyła koalicję rządzącą. Jeśli będą musieli, liderzy PO, SLD i Janusz Palikot dogadają się w sprawie koalicji i zablokują wysiłki PiSu, który potencjalnie może liczyć jedynie na sojusz z PSLem. Wcale tak jednak nie jest jednak tak, że nasz głos o niczym nie może zadecydować.
Na zapleczu pojedynku olbrzymów rozgrywa się walka PJNu o wejście do parlamentu (próg zapewniający dotację z budżetu partia ta ma już niemal zapewniony), a także Nowej Prawicy o uzyskanie 3% poparcia i uzyskanie pomocy z budżetu państwa. Te kilka milionów złotych, których znaczna część partii Janusz Korwin-Mikkego nie chce nawet przyjąć, mogą jej umożliwić okrzepnięcie i stworzenie struktur. W przyszłości może to doprowadzić do znacznych zmian. Potrzeba do tego ponad 400 tys głosów, ale poparcie jakim to ugrupowanie dysponuje, jest już teraz na tyle znaczne, że każdy głos, może być bezcenny.
I jeszcze jedno – mandaty są naliczane na poziomie okręgu – jeśli PJN osiągnie 5% na poziomie kraju może się okazać, że o uzyskaniu głosu z danego okręgu będą decydować pojedyncze głosy. Zwróćcie więc uwagę, że wasz głos może być ziarnem które przeważy szalę. Jeśli PJN owi zabraknie kilkudziesięciu tysięcy głosów, pozostałe kilkaset tysięcy istotnie niewiele zmieni, ale jeśli partia Kowala wejdzie do parlamentu, to co wydaje się być przesądzone, może okazać się być jedynie jednym z możliwych i wcale nie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. O Ile PiS wygra z PO, koalicja PiSu, PSLu i PJNu może być możliwa. W obecnej sytuacji to najlepszy układ dla Polski.
sobota, 17 września 2011
Kiepsko zawoalowana kampania wyborcza
Od pewnego czasu podobnie jak kilka milionów Polaków mam wątpliwą przyjemność oglądania ministra rolnictwa, który przekonuje o efektach działania wspólnotowych programów, mających wspierać rolnictwo i obszary wiejskie. Dyskusyjna jest sensowność produkowania jakichkolwiek tego typu spotów - wszakże, publiczne pieniądze miast trafiać do osób, które mogłyby je wykorzystać, dostają się telewizjom i ekipom filmowym (o nie mniej dyskusyjnej celowości wprowadzania w życie samych programów pomocowych pewnie napiszę przy innej okazji). O ile jednak zasilanie portfeli Doroty Welman i Marcina Prokopa usiłujących nas "uświadamiać" jest co najwyżej głupotą, to kampania finansowana przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa jest wprost żenująca. Oto w okresie kampanii wyborczej państwowa instytucja finansuje kampanię marketingową, której głównym beneficjentem jest czołowy polityk jednej z partii. Bulwersujący jest nie tylko dobór terminu kampanii, ale także nakłady na nią poświęcone. Wszakże publikacja spotów w trzech wiodących telewizjach w tzw. prime time-ie pociąga za sobą koszty sięgające kilkudziesięciu tysięcy złotych za każde pół minuty. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że efektem wyświetlania filmów będzie słuszne oburzenie ich odbiorców. Mam nadzieję, że ostentacyjnie wykorzystujący swoją pozycję minister zostanie za to "wynagrodzony" trwającym całą najbliższą kadencję urlopem od ław na Wiejskiej. Na koniec pozwolę sobie zadedykować Panu ministrowi piosenkę zespołu Akurat, która w pewnej mierze wyraża moje uczucia.
wtorek, 30 sierpnia 2011
"Zły to ptak co własne gniazdo kala"
Ostatnimi czasy głośno o pośle Janie Filipie Libickim, który po opuszczeniu PiSu wstąpił w szeregi PJN, a następnie zasilił PO. Poseł ten zwrócił ostatnio na siebie i moją uwagę, czym napiszę jednak nieco później. Dwukrotnie miałem mniej lub bardziej wątpliwą przyjemność uczestniczenia w spotkaniach z posłami PO lub PiSu, na których powtarzano tą samą historię. Otóż najpierw posłowie PO opowiadali o konwertytce z PiSu, która po przejściu do PO dziwiła się, że na posiedzeniach tej partii się dyskutuje. W jej dotychczasowej partii cała aktywność miała sprowadzać się do wykonywania rozkazów wodza. Po pewnym czasie posłowie PiSu wspominali o swym nowym koledze, który dziwił się, że po przejściu do PiS przekonał się, iż w przeciwieństwie do PO jest partią otwartą na wewnętrzny dialog. Dokładnie! - "punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia". W przypadku posła Libickiego maksyma ta niestety wymaga przywołania także tej, którą przytoczyłem w tytule. Oto czołowy polski polityk monarchistyczny zaczął się ostatnio oddawać przede wszystkim opluwaniu swej rodzimej partii. Zainteresowanym analizami nawróconego na "prawdziwą wiarę" byłego wyznawcy "sekty smoleńskiej" polecam dwa jego teksty: Abstrahując od ich wartości merytorycznej, chciałbym zakończyć krótką uwagą na temat tak zwanych "transferów". Sprawa Libickiego uwydatnia bowiem, iż o ile dla posłów, którzy pozostawiają swe dotychczasowe obozy polityczne korzyści są nieznaczne - utrzymują się przez pewien czas na powierzchni ale jednocześnie znajdują się w środowisku, w którym nie mają zaplecza, a jako że już raz zdradzili za nadto się im nie ufa, wiele zyskują ich nowe partie. Oto chcący pokazać swoje przywiązanie do nowego obozu posłowie zaczynają od ataków na swoje dotychczasowe środowisko. Tak było z dożynaniem watahy przez ministra Sikorskiego, ze skruchą Kluzik-Roztkowskiej z powodu wspierania Kaczyńskiego w kampanii prezydenckiej, tak samo jest i jeszcze przez jakiś czas będzie z Libickim. Będzie tak dopóki w PO znajdzie się dla niego dobre miejsce na listach... Arkadiusz Fordoński
sobota, 27 sierpnia 2011
Palikot vs JKM
Ideologiczni wrogowie raz po raz sprzymierzają się w jednym celu – dla przełamania monopolu w dyskursie. Janusz Korwin-Mikke (JKM) i Janusz Palikot (JP) występowali już wspólnie publicznie, w tym przede wszystkim nawoływali zgodnie do „wyzwolenia konopi”. W niedziele spotkają się znowu i zmierzą w debacie w stylu i na zasadach meczu bokserskiego. Czy w okresie, gdy w polityce ideologia coraz bardziej traci znaczenie, więcej ich nie łączy niż dzieli?
Obaj są magistrami filozofii. Obaj bardzo dobrze radzą sobie w biznesie. Obaj kreują się na trybunów ludowych, co mimo elitarystycznych i monarchistycznych przekonań JKM dobrze wpisuje się w logikę demokracji. Wreszcie obaj królują w internecie, choć tu pojawia się znacząca różnica mierzone liczbą wyświetleń królestwo JKM jest o wiele potężniejsze. Także w sferze postulatów pojawiają się między nimi podobieństwa. Nie chodzi tu tylko o stosunek do narkotyków, ale także do gospodarki. Obaj są wszakże liberałami, a przez to mając identyczną atencję i podobną wizję wolności to jej oddają pierwszeństwo wśród wartości. Nic dziwnego, że wolność gospodarcza jest przez nich tak afirmowana.
Różnic jednak nie brakuje. Na czoło wybijają się te, od których w omnipotentnym państwie demokratycznym abstrahować nie można – różnice światopoglądowe. Palikot swój przekaz buduje w ogromnej mierze na postulatach związanych w nadaniem praw mniejszościom seksualnym, Korwin-Mikke traktuje tego rodzaju postulaty jako groźna fanaberię. JP jest gorącym zwolennikiem liberalizacji przepisów aborcyjnych, JKM uważa je za zgniły kompromis, którego jednak nie należy ruszać. Lider Nowej Prawicy akcentuje rolę, jaką w polskiej kulturze odgrywa Kościół katolicki, jego oponent natomiast w Kościele upatruje jednego z głównych ideologicznych wrogów.
Gdyby obaj funkcjonowali ze swymi ugrupowaniami w parlamencie mogliby znajdować zarówno pola, na których zgodnie by współpracowali, jak i takie, na których bezpardonowo by walczyli. Na drodze ku zajęciu miejsca na Wiejskiej może im jednak stanąć jedna również wspólna cecha – obaj są indywidualistami, a dla takich jest coraz mniej miejsca w polityce. Czy tym razem uda im się budować zespoły i w takich zespołach pracować – to już zweryfikuje kampania wyborcza.
Arkadiusz Fordoński
wtorek, 23 sierpnia 2011
POi PiS rozgrywają
Pomysł premiera Tuska, by przeprowadzić debaty wyborcze jedynie z udziałem polityków Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości świadczy nie tylko o jego pewności siebie, ale także zmyśle taktycznym. Oto znów jesteśmy karmieni sporem dwóch wiodących partii i nie ważne nawet czy do debaty dojdzie – polaryzacja sceny partyjnej będzie nadal utrzymywana.
Głównym zagrożeniem dla partii rządzącej nie jest przeciągnięcie elektoratu przez Prawo i Sprawiedliwość, lecz jak słusznie zauważają politologowie przez SLD. To właśnie kosztem tej partii PO wygrała wybory w 2007 roku. Odpływ jej dotychczasowych zwolenników przestraszonych wizją dalszych rządów Jarosława Kaczyńskiego był dla nich wystarczającym argumentem. Obecnie argument ten coraz bardziej blaknie przykrywany przez gnuśność Platformy w ciągu czteroletniej kadencji. Jeśli emocje znów nie zostaną rozgrzane PO przegra z PiSem przy niedużej frekwencji, a SLD uzyska wynik, nieznacznie tylko odbiegający od liderów.
To PO i PiS są jednak rozgrywającymi. To na nich koncentruje się uwaga mediów. Nie ważne, czy PSL, SLD, Nowa Prawica, Polska Jest Najważniejsza, Palikot, UPR czy Prawica RP zaproponują. Jeśli dwie największe partie nie popełnią błędu, nie mają niemal żadnych szans na zwycięstwo z nimi. A wszystko to jak w Greckiej tragedii osadzone jest na fatum – wyborcy przekonani o prymacie dużych partii boją się ich kolejnego tryumfu. Tak boją się tryumfu "yntelygentów" z PO czy "moherów" z PiS, że głosują na ich głównych adwersarzy i w ten sposób podtrzymują rywalizację, która tak ich irytuje.
sobota, 16 lipca 2011
O potrzebie świeżej krwi
Do parlamentu najprawdopodobniej znów wejdą 4 partie, a wybory wygra Platforma Obywatelska. By wygłosić taką prognozę nie trzeba być politologiem, a co więcej można zakładać, że niemal na pewno się ona sprawdzi. Nie oznacza to jednak, że scenariusz alternatywny nie jest możliwy. W tym tekście postaram się przedstawić, jak możliwe przetasowania na scenie politycznej wpłyną na zestaw dyskutowanych kwestii i w przyszłości mogą zaprocentować zmianami w jakości podejmowanych decyzji i tworzonego prawa. Na zapleczu parlamentu funkcjonuje kilka stronnictw, które dysponują bazą członkowską i środkami finansowymi, które pozwalają im walczyć o miejsca w parlamencie. Wśród nich można wymienić:
Z pośród powyższych w walkę o miejsca w sejmie mogą się w mojej ocenie pokusić jedynie dwa ostatnie. Pozostałe mogą starać się wyrwać choćby mandat w Senacie, choć nawet przy nowym Kodeksie Wyborczym, nie będzie to specjalnie łatwe. Co może przynieść wejście do parlamentu PJN lub KNP? Odpowiedź wydaje się wbrew pozorom prosta. Wystarczy przeanalizować oblicze partii obecnie rządzących. PO to typowa partia władzy - wchłania wszystkich, którzy mogliby jej władzę uszczuplić. Przejęcie należącej nawet w tej formacji do lewicy Joanny Kluzik-Rostkowskiej, a z drugiej strony monarchisty tradycjonalistycznego, a więc przedstawiciela ultra prawicy prawicy Jana Filipa Libickiego jest tego koronnym choć nie jedynym przykładem. PiS jest partią w pewnej mierze zideologizowaną, w pewnej mierze nastawioną pragmatycznie, ale tak czy inaczej dążenie do zmian sprowadza się w niej przede wszystkim do walki z reliktami końcówki PRLu kształtującymi rzeczywistość IIRP. PSL to partia interesu, niestety głównie swojego, gdyż o reprezentowaniu rolników, którym zawdzięcza swój polityczny byt często zapomina. SLD dalej nie wie jaką partią chce być, więc wraca do starej retoryki proponując tabletki antykoncepcyjne zamiast cukierków i aborcję zamiast zdrowego rozsądku. Żadna z tych partii nie dąży do celu, który mógłby znacząco poprawić polską rzeczywistość – orliki i autostrady Tuska trudno uznać za wielki projekt cywilizacyjny, są raczej pokłosiem szerokiego strumienia środków z Brukseli dla których niestety często i tak nie ma rozsądnego zastosowania. Czym różnią się dwaj pretendenci? PJN można by nazwać „w miarę udanym bękartem PiSu”. Od partii matki i jej faktycznego ojca Jarosława (spłodził ją przez swe nieostrożne nastawienie do części sztabu po kampanii prezydenckiej) różni się głównie tym, że nie żywi do Jarosława miłości i przychylniej patrzy na wolny rynek niż na państwowe rozdawnictwo. Tak czy inaczej różnica jest niewielka, choć część polityków, to profesjonaliści, a w PiSie nie zawsze to jest decydującym kryterium. A KNP? Znaczna część jej retoryki to bełkot, jedna sprawa jest jednak fundamentalna zarówno dla ugrupowania, jak i dla Polski. KNP chce radykalnie zmienić optykę sektora finansów publicznych – państwo nie ma już zabierać środków podatników, by za ich pomocą uszczęśliwiać ograbionych. Przykłady: Grecji, Portugalii, Irlandii, Hiszpanii i Włoch pokazują, że najbliższe lata mogą być ostatnim dzwonkiem dla takiej przemiany. KNP nie wygra w wyborach, co więcej nawet 5% może być dla niej progiem zbyt wysokim. Jeśli jednak dostanie się do parlamentu, dług publiczny przestanie być jedynie tematem prezentacji w formie bardziej lub mniej wyszukanych zegarów, a stanie się przedmiotem obstrzału z sejmowej mównicy i co ważniejsze legislacyjnych ataków, w które tyrady polityków PiSu i SLD nigdy się nie przemienią. Ten jeden powód może być wystarczający, by zastanowić się nad propozycjami młodych ludzi grupujących się pod szyldem Kongresu Nowej Prawicy.
Arkadiusz Fordoński |
Archiwum
|